20 luty Yangon

Ξ 9:34 AM | → 0 Comments | ∇ Tajlandia |

Dzisiaj wreszcie sie wyspalismy, bo spalismy az 6h, co i tak jest duzym postepem patrzac na nasze ostatnie dni. Tak wiec okolo 8.30czyli 2:30 polskigo czasu, z ogromna latwoscia wyskoczylismy z lozka i zeszlismy na sniadanie. Wkrotce potem ruszylismy na dalsze zwiedzanie stolicy. Taxi za 1500 MMK (4 zl) zawiozla nas pod Sule Paya. Z dnia na dzien jestesmy coraz mocniejsi w targowaniu. Oczywiscie ceny dla turystow sa wszedzie dwa razy wyzsze niz dla Birmanczykow, dlatego trzeba sie zawsze targowac, ale do granic rozsadku – to bardzo biedni ludzie i trzeba im dac zarobic. Kazdy bialy na poczatku placi frycowe, bo nawet na glupiej wodzie do picia niektorzy narzucaja prawie 100%.My jednak jestesmy czujni i staramy sie nie dac robic w konia. Czsami tylko nas nabieraja, albo juz z braku sily nie targujemy sie.
Tak czy inaczej Sule pagoda to kolejne slynne miejsce modlitw i medytacji wsrod Birmanczykow wyznajacych buddyzm Threwada. Jest troche mlodsza od Shwedagon bo liczy 2000 lat i duzo mniejsza lecz rowniez piekna. Wchodzac do kazdej swiatyni trzeba zdjac buty i zaplacic za wstep. Oczywiscie kto placi? TURYSCI! Kasuja bezwzglednie za wszystko, nawet za pozostawione kolo nich buty, ktorych niby pilnuja. Buty oczywiscie mozna nosic ze soba w siatce czy koszyku, ale wazne jest zeby nie stawiac ich na ziemi. Tak tez robilismy przy kolejnych razach, zeby nie placic “stawki turystycznej” ze przechowanie butow. Sule to takze bardzo wazne miejsce dla stolicy Birmy. Znajduje sie w scislym, a w zasadzie w samaym centrum miasta, bo to wlasnie od niej zaczynaja sie numeracje ulic. Jesli np.mamy adres Anawratha rd 3 mile to oznacza, ze ta ulica jest polozona 3 mile od Sule – centrum. Po wyjsciu z Sule pokrecilismy sie po centrum Yangon. I tu przezylismy maly szok. Birma to na prawde miejsce w ktorym czas zatrzymal sie 50 lat temu, a moze raczej czas przez te 50 lat biegl, tylko w kraju nic nowego nie powstalo. W efekcie w samym centrum miasta widac szare betonowe domy cale pokryte brudem, zaciekami i glonami koloru szaro – czarno – zielonego. Prawie wszystkie budynki sa stare, chyba jeszcze pokolonijne brytyjskie, i rozpadajace sie. Na chodnikach natomiast kwitnie zycie. Sluza one przede wszystkim do handlowania i … gotowania. Trzeba wiec uwazac bo latwo wdepnac w mise goracego oleju, w ktorym cos sie smazy. Bardziej wypasione jadlodajnie przypominaja restauracje. Co prawda stoliki i krzesla sa na ogol plastikowe i maja 30cm wysokosci, a zmywanie odbywa sie w misce obok, tym niemniej mozna usiasc po dachem i zjesc. Jak narazie nie zlamalismy sie i nie jedlismy w takiej “restauracji”, ale moze po prostu jestesmy tu jeszcze za krotko. Zlamalismy sie za to i na orzezwienie kupilismy sobie swiezy sok z trzciny cukrowej. Sok ten Birmanczycy wyciskaja w specjalnych prasach. Ociosane pedy wkladaja miedzy dwa krecace sie walki, ktore miazdzac pedy wyciskaja sok. No i w soku to musze powiedziec ze sie zakochalismy. Po calym dniu chodzenia w upale, serwowany z lodem i limonka smakuje jak ambrozja!
Spacerujac poszlismy tez na nabrzeze rzeki Yangon i dalej na wschod miasta, troche mniej turystycznym szlakiem w celu zwiedzenia kolejnej swiatyni- Botataung. Wnetrza przemierzalismy oczywiscie juz z butami w reku :) Bardzo nam sie tam podobalo. W calym kompleksie jest mnostwo posagow Buddy. Birmanczycy modlac sie i ofiarowujac swoje prosby do Buddy, przynosza mu przerozne dary, oddajac mu rownoczesnie hold. Dlatego przy kazdym posagu mozna znalezc przerozne przedmioty mogace zadowolic Budde: kosze owocow, napoje i jedzenie (Budda moze byc glodny i spragniony), swiecidelka, korale, wisiorki i oczywiscie pieniadze. Przy mniejszych pasagach stoja ozdobne umywalki z kubkami, ktorymi polewa sie glowe Buddy, aby go schlodzic przed prazacym sloncem :). Nie no tak naprawde to budde obmywa sie tyle razy ile ma sie lat +1. Ten dodatkowty raz ma zapewnic przychylnosc Buddy w nastepnych latach. Ochlodzic Budde mozna natomiast przez wachlowanie. Przy wysokich pasagach, tam, gdzie reka nie siegnie sa poprowadzone z dolu nad glowe Buddy specjalne liny zakonczone na koncu wachlarzem. Kazdy moze podejsc i pociagajac za sznurki powachlowac Budde. Sa tez specjalne ozdobne windy na linach, ktorymi wciaga sie dla Buddy jedzenie czy inne potrzebne przedmioty. Super sprawa! Na dzis mielismy juz dosc swiatyn. Wrocilismy wiec do centrum mini riksza – rowerem ktory obok siebie mial dwa krzesla dla pasazerow. Wytargowalismy dobra cene i zapakowalismy sie we dwojke na jeden rower. Facet musial sie sporo namachac zeby zawiezc nas w wyznaczone miejsce. Najgorzej bylo pod gore i na dziurach gdzie prawie stawal w miejscu ociekajac potem ale nie poddajac sie. Oczywiscie rower byl bez przerzutek, stary jak swiat. Chcac oszczedzic troche naszego kierowce Maciek schodzil w niektorych miejscach z roweru. Przejazdzka byla super! Dziwnie natomiast czulismy sie bo wszyscy gapili sie na Dorote. Jak sie domyslamy chodzilo o Doroty sukienke, z reszta bardzo ladna. W sukience tej Dorota miala odkryte ramiona!!!!! O tym ze niewolno sie przytulac i calowac publiczne wiedzielismy, ale sukienka przeszla nasze oczekiwania. Po raz kolejny odczulem co to znaczy roznica kultur. Tak wiec w Birmie kobieta moze charhac i pluc ci pod nogi, ale ramion pokazac nie moze.
Poniewaz mielismy juz dosc wrazen poszlismy cos zjesc, schlodzic sie zimnym piwkiem i ruszylismy w strone hotelu. A ze czulismy sie prawie jak w domu, to odwazylismy sie nawet podjechac lokalnym autobusem tak na czuja. Okazalo sie ze swietnie wybralismy bo podjechalismy prawie pod sam hotel. Zapakowalismy nasze plecaki i o 16.15 zamowione taxi zawiozlo nas na dworzec autobusowy Aung Minglar znajdujacy sie na polnocy miasta, skad autobus nocny o godz. 18 mial nas zawiezc do Mandalay. Dworzec jest ogromny! Wszedzie mnostwo starych pogruchotanych autobusow, ktorymi sie jezdzi i kramow z jedzeniami. Terminala zadnego nie ma. To jest po prostu ogromny plac na otwartym powietrzu, tak jak u nas gielda samochodowa. Nie majac biletu nie ma po co tam jechac, bo ni w zab czlowiek sie nie dogada gdzie i o ktorej godzinie chce jechac. My kupilismy bilety na autobus przez nasz hotel. Wsiadajac do taxi pokazuje sie kierowcy bilet i on juz wie gdzie zawiezc turyste, pod ktory autokar i konkretnego przewoznika. To jest niesamowite, ze na pierwszy rzut oka panuje tam straszny burdel, ale jak przyjdzie do wsiadania do autobusu to oni wszystko wiedza i pokieruja nawet na odpowiednie miejsca w autokarze. Nam trafily sie jedne z ostatnich siedzen. Majac bagaz podreczny nad glowa a glowny za plecami wreszcie odetchnelismy. Nasz autobus nie jest nawet taki zly, ma duza plazme w srodku i klime. Niestety klimy nie da sie zamknac czy zmniejszyc. Jest zawsze wlaczona i pracuje na maxa. Po paru minutach robi sie czlowiekowi zimno. My na szczescie przewidzielismy to i ubralismy sie w cieple buty, skarpety, dlugie spodnie, polary i kapelusze. Niestety i tak bylo nam zimno. W zwiazku z tym wyjelismy z apteczki nasze plastry na odciski i pozaklejalismy te cholerne wywietrzniki. Jest lepiej. I teraz caly czas jedziemy. Stawalismy ok.20 na sikanie i posilek w jakiejs przydroznej knajpie a potem dalej w droge. Niestety w autobusie nie ma rowniez toalety, wiec trzeba sie bardzo pilnowac z sikaniem i prosic Budde zeby nie dostac sraczki na trasie. Ok, to tyle na dzis. Jest godzina 1.30 w nocy. Maciek juz spi, wiec ja tez sie klade, tzn. siadam wygodnie. Calujemy. D i M.
P.s. O 2 w nocy nagle stanelismy w szczeryn polu, kazali nam wziac paszporty i wysiasc. Okazalo sie ze jest to kontrola… wojskowa. Nasze dane zostaly skrzetnie zapisane i moglismy ruszac dalej. Dziwne przezycie…

 

20 luty Yangon

Ξ 2:26 PM | → 0 Comments | ∇ Tajlandia |

Dzisiaj wreszcie sie wyspalismy, bo spalismy az 6h, co i tak jest duzym postepem patrzac na nasze ostatnie dni. Tak wiec okolo 8.30czyli 2:30 polskigo czasu, z ogromna latwoscia wyskoczylismy z lozka i zeszlismy na sniadanie. Wkrotce potem ruszylismy na dalsze zwiedzanie stolicy. Taxi za 1500 MMK (4 zl) zawiozla nas pod Sule Paya. Z dnia na dzien jestesmy coraz mocniejsi w targowaniu. Oczywiscie ceny dla turystow sa wszedzie dwa razy wyzsze niz dla Birmanczykow, dlatego trzeba sie zawsze targowac, ale do granic rozsadku – to bardzo biedni ludzie i trzeba im dac zarobic. Kazdy bialy na poczatku placi frycowe, bo nawet na glupiej wodzie do picia niektorzy narzucaja prawie 100%.My jednak jestesmy czujni i staramy sie nie dac robic w konia. Czsami tylko nas nabieraja, albo juz z braku sily nie targujemy sie.
Tak czy inaczej Sule pagoda to kolejne slynne miejsce modlitw i medytacji wsrod Birmanczykow wyznajacych buddyzm Threwada. Jest troche mlodsza od Shwedagon bo liczy 2000 lat i duzo mniejsza lecz rowniez piekna. Wchodzac do kazdej swiatyni trzeba zdjac buty i zaplacic za wstep. Oczywiscie kto placi? TURYSCI! Kasuja bezwzglednie za wszystko, nawet za pozostawione kolo nich buty, ktorych niby pilnuja. Buty oczywiscie mozna nosic ze soba w siatce czy koszyku, ale wazne jest zeby nie stawiac ich na ziemi. Tak tez robilismy przy kolejnych razach, zeby nie placic “stawki turystycznej” ze przechowanie butow. Sule to takze bardzo wazne miejsce dla stolicy Birmy. Znajduje sie w scislym, a w zasadzie w samaym centrum miasta, bo to wlasnie od niej zaczynaja sie numeracje ulic. Jesli np.mamy adres Anawratha rd 3 mile to oznacza, ze ta ulica jest polozona 3 mile od Sule – centrum. Po wyjsciu z Sule pokrecilismy sie po centrum Yangon. I tu przezylismy maly szok. Birma to na prawde miejsce w ktorym czas zatrzymal sie 50 lat temu, a moze raczej czas przez te 50 lat biegl, tylko w kraju nic nowego nie powstalo. W efekcie w samym centrum miasta widac szare betonowe domy cale pokryte brudem, zaciekami i glonami koloru szaro – czarno – zielonego. Prawie wszystkie budynki sa stare, chyba jeszcze pokolonijne brytyjskie, i rozpadajace sie. Na chodnikach natomiast kwitnie zycie. Sluza one przede wszystkim do handlowania i … gotowania. Trzeba wiec uwazac bo latwo wdepnac w mise goracego oleju, w ktorym cos sie smazy. Bardziej wypasione jadlodajnie przypominaja restauracje. Co prawda stoliki i krzesla sa na ogol plastikowe i maja 30cm wysokosci, a zmywanie odbywa sie w misce obok, tym niemniej mozna usiasc po dachem i zjesc. Jak narazie nie zlamalismy sie i nie jedlismy w takiej “restauracji”, ale moze po prostu jestesmy tu jeszcze za krotko. Zlamalismy sie za to i na orzezwienie kupilismy sobie swiezy sok z trzciny cukrowej. Sok ten Birmanczycy wyciskaja w specjalnych prasach. Ociosane pedy wkladaja miedzy dwa krecace sie walki, ktore miazdzac pedy wyciskaja sok. No i w soku to musze powiedziec ze sie zakochalismy. Po calym dniu chodzenia w upale, serwowany z lodem i limonka smakuje jak ambrozja!
Spacerujac poszlismy tez na nabrzeze rzeki Yangon i dalej na wschod miasta, troche mniej turystycznym szlakiem w celu zwiedzenia kolejnej swiatyni- Botataung. Wnetrza przemierzalismy oczywiscie juz z butami w reku :) Bardzo nam sie tam podobalo. W calym kompleksie jest mnostwo posagow Buddy. Birmanczycy modlac sie i ofiarowujac swoje prosby do Buddy, przynosza mu przerozne dary, oddajac mu rownoczesnie hold. Dlatego przy kazdym posagu mozna znalezc przerozne przedmioty mogace zadowolic Budde: kosze owocow, napoje i jedzenie (Budda moze byc glodny i spragniony), swiecidelka, korale, wisiorki i oczywiscie pieniadze. Przy mniejszych pasagach stoja ozdobne umywalki z kubkami, ktorymi polewa sie glowe Buddy, aby go schlodzic przed prazacym sloncem :). Nie no tak naprawde to budde obmywa sie tyle razy ile ma sie lat +1. Ten dodatkowty raz ma zapewnic przychylnosc Buddy w nastepnych latach. Ochlodzic Budde mozna natomiast przez wachlowanie. Przy wysokich pasagach, tam, gdzie reka nie siegnie sa poprowadzone z dolu nad glowe Buddy specjalne liny zakonczone na koncu wachlarzem. Kazdy moze podejsc i pociagajac za sznurki powachlowac Budde. Sa tez specjalne ozdobne windy na linach, ktorymi wciaga sie dla Buddy jedzenie czy inne potrzebne przedmioty. Super sprawa! Na dzis mielismy juz dosc swiatyn. Wrocilismy wiec do centrum mini riksza – rowerem ktory obok siebie mial dwa krzesla dla pasazerow. Wytargowalismy dobra cene i zapakowalismy sie we dwojke na jeden rower. Facet musial sie sporo namachac zeby zawiezc nas w wyznaczone miejsce. Najgorzej bylo pod gore i na dziurach gdzie prawie stawal w miejscu ociekajac potem ale nie poddajac sie. Oczywiscie rower byl bez przerzutek, stary jak swiat. Chcac oszczedzic troche naszego kierowce Maciek schodzil w niektorych miejscach z roweru. Przejazdzka byla super! Dziwnie natomiast czulismy sie bo wszyscy gapili sie na Dorote. Jak sie domyslamy chodzilo o Doroty sukienke, z reszta bardzo ladna. W sukience tej Dorota miala odkryte ramiona!!!!! O tym ze niewolno sie przytulac i calowac publiczne wiedzielismy, ale sukienka przeszla nasze oczekiwania. Po raz kolejny odczulem co to znaczy roznica kultur. Tak wiec w Birmie kobieta moze charhac i pluc ci pod nogi, ale ramion pokazac nie moze.
Poniewaz mielismy juz dosc wrazen poszlismy cos zjesc, schlodzic sie zimnym piwkiem i ruszylismy w strone hotelu. A ze czulismy sie prawie jak w domu, to odwazylismy sie nawet podjechac lokalnym autobusem tak na czuja. Okazalo sie ze swietnie wybralismy bo podjechalismy prawie pod sam hotel. Zapakowalismy nasze plecaki i o 16.15 zamowione taxi zawiozlo nas na dworzec autobusowy Aung Minglar znajdujacy sie na polnocy miasta, skad autobus nocny o godz. 18 mial nas zawiezc do Mandalay. Dworzec jest ogromny! Wszedzie mnostwo starych pogruchotanych autobusow, ktorymi sie jezdzi i kramow z jedzeniami. Terminala zadnego nie ma. To jest po prostu ogromny plac na otwartym powietrzu, tak jak u nas gielda samochodowa. Nie majac biletu nie ma po co tam jechac, bo ni w zab czlowiek sie nie dogada gdzie i o ktorej godzinie chce jechac. My kupilismy bilety na autobus przez nasz hotel. Wsiadajac do taxi pokazuje sie kierowcy bilet i on juz wie gdzie zawiezc turyste, pod ktory autokar i konkretnego przewoznika. To jest niesamowite, ze na pierwszy rzut oka panuje tam straszny burdel, ale jak przyjdzie do wsiadania do autobusu to oni wszystko wiedza i pokieruja nawet na odpowiednie miejsca w autokarze. Nam trafily sie jedne z ostatnich siedzen. Majac bagaz podreczny nad glowa a glowny za plecami wreszcie odetchnelismy. Nasz autobus nie jest nawet taki zly, ma duza plazme w srodku i klime. Niestety klimy nie da sie zamknac czy zmniejszyc. Jest zawsze wlaczona i pracuje na maxa. Po paru minutach robi sie czlowiekowi zimno. My na szczescie przewidzielismy to i ubralismy sie w cieple buty, skarpety, dlugie spodnie, polary i kapelusze. Niestety i tak bylo nam zimno. W zwiazku z tym wyjelismy z apteczki nasze plastry na odciski i pozaklejalismy te cholerne wywietrzniki. Jest lepiej. I teraz caly czas jedziemy. Stawalismy ok.20 na sikanie i posilek w jakiejs przydroznej knajpie a potem dalej w droge. Niestety w autobusie nie ma rowniez toalety, wiec trzeba sie bardzo pilnowac z sikaniem i prosic Budde zeby nie dostac sraczki na trasie. Ok, to tyle na dzis. Jest godzina 1.30 w nocy. Maciek juz spi, wiec ja tez sie klade, tzn. siadam wygodnie. Calujemy. D i M.
P.s. O 2 w nocy nagle stanelismy w szczeryn polu, kazali nam wziac paszporty i wysiasc. Okazalo sie ze jest to kontrola… wojskowa. Nasze dane zostaly skrzetnie zapisane i moglismy ruszac dalej. Dziwne przezycie…

 

18&19 luty Bangkok i Yangoon,

Ξ 2:23 PM | → 0 Comments | ∇ Tajlandia |

Kochani,
Dopiero dzis udalo nam sie skontaktowac ze swiatem. Najwazniejsze ze jestesmy cali i zdrowi. Jest tylko strasznie goraco, 35 stopni. Pierwsza dobe spedzilismy w bangkoku gdzie przywital nas upal i zaskakujaco ladne lotnisko. Po przepakowaniu ruszylismy w strone Chinatown. Jako srodek transportu wybralismy oczywisciwe … autobusy miejskie. Dzieki temu po drodze mielismy niepowtarzalna szanse podziwiac jak kierowca pieczolowicie wyrywa sobie wszystkie wlosy z nosa penseta (ktora zreszta ma swoje specjalne miejsce zaraz obok radia) . To chyba dla zabicia czasu, kiedy stalismy w korkach :) W koncu dotarlismy do znajomego z przewodnika Victory Monument. I tu tak naprawde po raz piwrwszy poczulismy wakacje. Nagle znalezlismy sie w srodku zatloczonego, dusznego i pedzocego Bangkoku. Jako ze trafilismy akurat na godziny szczytu zewszad otaczaly nas pedzace tlumy. Poniewaz bylismy strasznie glodni postanowilismy natychmiast cos zjesc. Daleko nie szukalismy bo przy najblizszym bazarze dostrzeglismy kilka knajpek czyli straganow gdzie wszystko gotuje sie na widoku, a zmywane jest w misce obok. Jak sie zreszta pozniej okazalo moze byc duzo gorzej, bo w Yangoon gotowanie odbywa sie na ogol na ziemi. Tak czy inaczej wybralismy knajpke z zupami, bo od zapachow pierwszej ktora minelismy zebralo nam sie na wymioty i to jednoczesnie. Zupka okazala sie pyszna, ale Foce nie smakowala. Zwiazane to bylo raczej z szokiem po zmianie otoczenia niz smakiem samej zupy co dalo sie spostrzec w przerazonych foczych oczach. A w zupce swoja droga bylo wszystko a na pewno duzo chili. Zupke zapilismy Pepsi z lodem. Poczatkowo postanowilismy nie uzywac lodu ze wzgledu na nasze zoladki, ale juz po pierwszym lyku cieplej pepsi zgodnie skorzystalismy z metalowych kubkow wypelnionych po brzegi pokruszonym lodem. Nie jestesmy do konca pewni czy to wlasnie ten lod czy co innego sprawilo ze Dorota nastepnego dnia rano potrzebowala 0.1 sek zeby dotrzec do kibla. Mnie tez zreszta trafilo to samo dzien pozniej. Na szczescie nasze klopoty tak szybko jak sie pojawily tak i znikly. Zreszta pomocna tu byla nasza swietnie wyposazona apteczka.
Z Victory Monument metrem, sky trainem i autobusem przedostalismy sie do dzielnicy chinskiej. Zwiedzilismy po drodze dwie swiatynie i wloczylismy sie po ulicy, podziwiajac i degustujac cudaczne wynalazki kulinarne. Uwazalismy, zeby nie dac sie zwabic przeroznym naganiaczom, ale niestety nawet taka pare jak my, udalo sie zrobis w konia. Przemily i pomocny pan zamiast wyslac nas na bazar nocny jak chcielismy, zapakowal nas w tuk tuka i nim sie zorientowalismy wyladowalismy w jakiejs drogiej knajpie. Oczywiscie z kazdej takiej nagonionej osoby wyplacana jest prowizja. Szybko jednak polapalismy sie o co chodzi i ku zdziwieniu wszystkich dalismy noge z tej knajpy. Troche jeszcze sie powloczylismy trafiajac np na bazar nocny. Tam rozsmieszyl nas woidok kobiety sprzedajacej koszulki ze stojaka na ulicy i surfujacej w necie na swoim nowiutkim blacberry ktory w polce uwaza sie za niewiadomo co. Okolo polnocy zawinelismy sie na lotnisko, gdzie spedzilismy pare godzin w oczekiwaniu na poranny samolot do Birmy. Oczywiscie nie nudzilo nam sie, bo tajskie browary – Singha i Chiang umilaly nam czas i sprawialy ze lotniskowe lawki stawaly sie miekkie.
O 7.20 dnia 19 lutego siedzielismy juz w samolocie Air Asia. Samolot przepiekny, Airbus A320 porwal nas punktualnie do stolicy Birmy. Nonsensowne okazaly sie nasze obawy co do Air Asia, bo nie dosc ze sa to najtansze linie w Azji, to jeszcze nasz samolot pachnial nowoscia. W czasie rejsu czekalo nas jeszcze wypelnianie sterty dokumentow, ale jak sie pozniej okazalo wsio w papierach bylo ok i nas wpuscili! Lotnisko w Yangon calkiem sympatyczne ale jednak tak jak sie spodziewalismy… od pierwszego spojrzenia widac bylo ze to inny swiat. Zamiast szkla i metalu stare betonowe budynki. Za to spotkala nas tu przemila nispodzianka. Pani Tin Tin z biura lokalnego Sun Birds Tours, ktore zalatwialo nam permity na przelot do Tachilek, przyslala po nas kierowce. Jak to milo kiedy ktos w .takim kraju jak Birma robi cos bezinteresownie dla drugiego czlowieka!
Pojechalismy prosto do naszego hotelu Yuzana gdzie przywitala nas sama Tin Tin. Dostalismy nawet od niej prezent. Po dopelnieniu formalnosci ucielismy sobie krotka drzemke i po 12 ruszylismy na podboj Yangonu. Najpierw czekala nas wymiana dolkow na lokalna walute kiat. Podobno najlepsze kursy sa na bazarku Boyung Aung San Market i tam sie udalismy. Po angielsku nikt tam nie gada (nie tylko tam, ale w calej Birmie) i wszystko jest w krzakach pisane, ale dobre jest to ze oni zawsze wiedza co moze potrzebowac bialy czowiek. Tak wiec nie musielismy pytac gdzie sie wymienia dolki- bazar i okolice to czarny rynek, tylko od razu ktos do nas podszedl z propozycja wymiany. W pierwszym miejscu do ktorego trafilismy nie udalo nam sie osiagnac porozumienia, wiec poszlismy dalej. Doswiadczenie zreszta bardzo fajne- twoj przewodnik kluczacy miedzy ciasnymi straganami prowadzi cie bog wie gdzie… W koncu po dluzszym targowaniu sie i liczeniu wreszcie udalo sie wymienic pieniadze. Ruszylismy od razu na stacje kolejowa szukac pociagow na Yangon Train Circle – pociag ktory zatacza petle wokol miasta objezdzajac je w kolo. Na poczatku nie moglismy znalezc wlasciwego peronu. Oczywiscie nie ma mowy zeby sie z nimi dogadac. Kazdy chce pomoc, to bardzo mili ludzie, ale kazdy mowi co innego. Trzeba byc czujnym i polegac tylko na swoim wechu i przewodniku Lonely Planet (do tej pory to jedyny na rynku przewodnik po Birmie). Udalo sie! Jedziemy zwiedzac miasto i prowincje. Pociag bynajmniej nie turystyczny lecz przypominal nasze wagony bydlece z wycietymi oknami i wstawionymi twardymi lawami. My bylismy jedyni biali i stanowilismy najwieksza atrakcje tego pociagu. Kazdy nas bacznie obserwowal i czsami nawet usmiechal. Duza radosc sprawialy im wystajace z koszulki Macka wlosy na klacie. Oni takich nie maja! Przejazdzka byla super. Moglismy zobaczyc jak wyglada typowe zycie Birmanczykow i jak sie zachowuja. Pociag ten to niesamowite miejsce gdzie kobiety z tacami na glowie kraza sprzedajac arbuzy, banany, czy nawet cale dania. Gdy sie je o cos poprosi, siadaja na malym plastikowym stoleczku i przygotowuja posilek. Birmanczycy jednak zyja niestety w syfie i ogromnej biedzie. Maciek porobil mnostwo zdjec a ja pomimo cholernie niewygodnych law, przespalam wiekszosc 3h wycieczki. Ostatnim punktem programu bylo zwiedzanie najslynniejszej birmanskiej stupy Shwedagon Paya pokrytej 9 tonami zlota i liczacej prawie 2500 lat. To wlasnie tam na wzgorzu krol Okalapa umiescil kosmyki wlosow Buddy. Akurat przyszla noc i moglismy podziwiac lsniace od zlota kopuly pagody i calego kompleksu. Cos niesamowitego!!! potem poszlismy na przepyszna kolacyjke do typowej birmanskiej knajpki na otwartym powietrzu i do lozia. Juz po 24 i trzeba isc spac a widok z naszego pokoju i lozka przepiekny. Tin Tin zalatwila nam pokoj na 7 pietrze z ogromnym oknem wychodzacym na Shwedagon! Buziaki i do uslyszenia. D i M.

 

  • Language

  • Last post

  •  

    • CEST: 2010-09-06 01:46
    • JST: 2010-09-06 08:46
  • Meta

  • 20897 pages viewed, 23 today
    8580 visits, 10 today
    FireStats icon Powered by FireStats